2009-02-14, 18:41
Jest rok 2021. Scotta Wardena, Amerykańca spędzającego czas na beztroskich zabawach wśród plaż Tajlandii, odwiedza pewnego dnia kumpel, oficjalnie bieznesmen a nieoficjalnie człowiek od szemranych interesów, handlujący prochami i czym się da. Wybierają się na przejażdżkę, bo mają ochotę sprawdzić, co za dziwne odgłosy słychać było w okolicy nad ranem. Wkrótce okazuje się, że niedaleko, w przeciągu kilku sekund, wyrósł ogromny szklany monolit. Wnet wychodzi na jaw, dzięki napisow na nim, że monolit ten jest pomnikiem upamiętniającym zwycięstwo jakiegoś wojownika, Kuina, odniesione w roku... 2041. Czyli za dwadzieścia lat! Wkrótce monument ten zostaje szumnie nazwany przez pismaków chronolitem. Scott, w przeciwieństwie do większości ludzi, nie potrafi przejść nad powstaniem chronolitu do porządku dziennego. Pojawienie się chronolitu zmieniło jego życie i postanawia za wszelką cenę zgłęnić tę tajemnicę.
Po kilku latach zaczynają pojawiać się kolejne chronolity. Powstając w wielkich miastach Azji burzą je ("przybyciu" chronolitu towarzyszy nagły spadek temperatury i zniszczenie wszystkiego dookoła) doprowadzają do kompletnego rozstroju gospodarek wielu krajów. Po Azji przychodzi czas na inne kontynenty, w końcu również na Amerykę Północną. Powstają pseudoreligijne ruchy prokuinowskie, ludzie szukają w legendarnym Kuinie niemalże nowego zbawiciela świata, przybywając (pielgrzymując!) stadnie na miejsca, gdzie mają przybyć nowe monumenty (i, w wyniku ich pojawienia się, giną całymi setkami). Jednocześnie naukowcy, potrafiący już określić, gdzie pojawia się nowe twory, starają się pojąć ich naturę i odnaleźć odpowiedź na podstawowe pytanie: jak można będzie wysłać takie budowle do tyłu w czasie?
"Chronolity", to nie tylko ciekawa opowieść poprowadzona w nastroju poszukiwania istoty czegoś nieznanego, nieodgadnionego, czy też świetnie zarysowani bohaterowie, ale również solidna dawka dywagacji naukowych na temat czasu. Autor, znany amerykański pisarz SF, potrafił całkiem sprawnie połączyć wszystkie te elementy. Polecam!
Moja ocena: 5+/6
Po kilku latach zaczynają pojawiać się kolejne chronolity. Powstając w wielkich miastach Azji burzą je ("przybyciu" chronolitu towarzyszy nagły spadek temperatury i zniszczenie wszystkiego dookoła) doprowadzają do kompletnego rozstroju gospodarek wielu krajów. Po Azji przychodzi czas na inne kontynenty, w końcu również na Amerykę Północną. Powstają pseudoreligijne ruchy prokuinowskie, ludzie szukają w legendarnym Kuinie niemalże nowego zbawiciela świata, przybywając (pielgrzymując!) stadnie na miejsca, gdzie mają przybyć nowe monumenty (i, w wyniku ich pojawienia się, giną całymi setkami). Jednocześnie naukowcy, potrafiący już określić, gdzie pojawia się nowe twory, starają się pojąć ich naturę i odnaleźć odpowiedź na podstawowe pytanie: jak można będzie wysłać takie budowle do tyłu w czasie?
"Chronolity", to nie tylko ciekawa opowieść poprowadzona w nastroju poszukiwania istoty czegoś nieznanego, nieodgadnionego, czy też świetnie zarysowani bohaterowie, ale również solidna dawka dywagacji naukowych na temat czasu. Autor, znany amerykański pisarz SF, potrafił całkiem sprawnie połączyć wszystkie te elementy. Polecam!
Moja ocena: 5+/6